MIŁOSIERDZIE

MIŁOSIERDZIE

09.06.2014

CHLEB.jpg    Adam Hilary Bernard Chmielowski h. Jastrzębiec – człowiek, w którego życie Bóg wkroczył zupełnie w inny sposób, niż on na początku Bogu wyznaczał. Jako apostoł miłosierdzia zamieszkał pośród nędzarzy, bo tak odczytał Ewangelię.

Żył w noclegowni, by jej mieszkańcom pomóc odnowić Boży obraz, który noszą w sobie. Będzie chodził po Krakowie już nie w eleganckiej pelerynie, lecz w szarym habicie zbierając od przekupek na Placu Szczepańskim kapustę i ziemniaki do swego drewnianego wózka. „Wola Boża przede wszystkim i tylko to” – oto motto jego nowego życia.

„Brat naszego Boga”
Biedacy, którym oddał życie Brat Albert, nie zawsze przypominali Łazarza spoczywającego na łonie Abrahama. Jeszcze na Basztowej – jak pisał ks. Konstanty Michalski – jeden z nich „okradł go ze wszystkich pieniędzy, jakie miał od swojej rodziny ze sprzedaży domu warszawskiego i zniszczył mu protezę, by uniemożliwić pościg za sobą”. A Szary Brat „martwił się nad stanem sumienia swego krzywdziciela”.
Także przekazanie miejskiej ogrzewalni na Kazimierzu nie obyło się bez oporów rajców miejskich. Sprawę uratował Żyd – Birnbaum, który wykrzyczał rządcom Krakowa: „Wyście, panowie, powinni temu człowiekowi ręce za to całować, co chce dla miasta zrobić”. „Pracę w ogrzewalni zaczął od powieszenia na ścianie obrazka Matki Bożej Częstochowskiej” – relacjonuje Magdalena Kaczmarczyk. „Ta Matka Boska Częstochowska jest waszą Fundatorką. Pamiętajcie o tym. Ona mnie prowadziła przez całe życie”.

„Gotowi jesteśmy na krzyż”
Wrogość przychodziła też od samych nędzarzy, gdy oddzielono kobiety i mężczyzn. „Posypały się obelgi na Brata Alberta, a kamienie na obydwie ogrzewalnie”. Ale święty pozostawał dobry jak chleb. „Jak przebaczył Brat Albert temu, co go okradł przy Basztowej, tak przebaczył teraz tym, którzy z dna swej nędzy nie wiedzieli, co czynili, ale niebawem zobaczyli, że w Krakowie nie było drugiego człowieka, który by ich tak kochał, jak ten Brat Albert. Jadł z nimi i głodował z nimi, nie pytał o ich przeszłość, o ich upadki, ale starał się dla nich o chleb, o dach nad głową i wreszcie o pracę”. „My nie służymy pijakom, tylko Chrystusowi” – mówił. Jego miłość przynosiła efekty.
Z czasem, z prośbą o objęcie opieką noclegowni zgłosiły się inne miasta. Wokół Brata Alberta pojawili się bracia. W styczniu 1891 roku – w kaplicy kard. Dunajewskiego – pierwszych siedem albertynek przyjęło habity. Wszystkie pochodziły z Podlasia – zahartowane w duchowości, pracowite, odważne w wierze. Umiały gotować „z niczego”. Nie bały się wyzwań. Nie lękały się Ewangelii. Urządziły na ul. Skawińskiej warsztaty tkackie, w których same wyrobiły sukno na habity. Szły do pracy tam, gdzie już nikt inny nie chciał iść, na przykład do szpitali zakaźnych. Ale ich życie także nie stało się wolne od cierpień, drwin, pomówień i marginalizacji – także ze strony niektórych dziennikarzy, duchownych i „porządnych katolików”. „Pośrednie popieranie próżniactwa i włóczęgostwa” – pisał „Głos Narodu” z 24 lipca 1900 roku. A one chciały tylko służyć Chrystusowi w ubogich…

„Ani domu, ani miejsca”
Siostry albertynki – zorganizowały dla kobiet warsztaty tkackie i szwalnie, bracia – fabryczkę mebli. To – obok kwesty – stanowiło ich utrzymanie. Czasem ktoś ofiarował im cokolwiek – co w ostateczności stawało się ich jedynym posiłkiem. „Wszystkie sprawy zdawać na Opatrzność Boską, która obmyśla i najdrobniejsze szczegóły”. Dlatego żadnej własności, żadnych zapasów, żadnych zabezpieczeń – wolność dzięki zaufaniu Opatrzności.
Wielokrotnie – gdy nie udało się zebrać żywności na kweście a pierwsza ofiarność Krakowian wygasła – były głodne. Ale gdy już coś dostały, w przygotowanie posiłków wkładały serce. Gdy s. Weronika będzie gotować zupę kminkową Brat Albert powie jej: „Gotuj tak, jakbyś gotowała Panu Jezusowi albo Matce Bożej”.

„Wszak Bóg w nas”
Praca dla nędzarzy i z nędzarzami stanowiła drogę do wyjścia z upodlenia. Brat Albert chciał, by nauczyli się pracować, zmienili przyzwyczajenia i odzyskali własne życie. Ale warsztaty i ogrzewalnia nie mogły być „nowicjatem” dla kandydatów i kandydatek do rodziny albertyńskiej. „Nie może być mowy o jakimkolwiek wyrobieniu wewnętrznym w tak okropnych warunkach”. O. Rafał Kalinowski podsunął mu pomysł na formację nowicjuszy: „Zaproponował […] założenie klasztorów pustelniczych, w których ofiarne dusze w zupełnym oderwaniu od świata, mogłyby rozniecać w sobie iskry rodzącego się powołania. Tam też strudzone fizycznie i wyczerpane duchowo nabierałyby nowych sił do służenia ubogim. Brat Albert skwapliwie skorzystał z tej opatrznościowej porady”. Najsłynniejszą jego pustelnią będą Kalatówki. Tu będzie wygłaszał konferencje o św. Janie od Krzyża. „Jaka modlitwa taka doskonałość, jaka modlitwa taki dzień cały. […] Bez modlitwy nie podobna wytrwać w powołaniu”.

„Najpiękniejszy człowiek mojego pokolenia”
Przełom XIX i XX wieku to czas „odkrycia” Zakopanego. Mieszkał tam dawny przyjaciel Stanisław Witkiewicz. Właśnie w tym czasie dr Tytus Chałubiński opisał cudowne właściwości tatrzańskiego klimatu. Wiedząc o tym Brat Albert z czasem zaczął wysyłać tam swych braci i siostry, by – „w góralskich chałupach opili się mlekiem i górskim świeżym powietrzem” – i nabrawszy sił, mogli wrócić do wymagających ogromnego hartu pracy. Ale pobyt w wynajmowanych domach zakopiańskich był drogi. Szary Brat postanowił postarać się o jakąś pustelnię w sercu gór.
Gdy w 1898 roku wyjeżdżał do Zakopanego, kard. Dunajewski dał mu liścik adresowany do Władysława hr. Zamoyjskiego – właściciela dóbr zakopiańskich: „Brata Alberta polecam usilnie Panu Hrabiemu. U nas w Krakowie wiele dobrego zrobił”. Odpowiedź była natychmiastowa: „Bierz ile chcesz i gdzie chcesz”. Ale święty nie chciał żadnej własności. Wydzierżawił tylko kawałek lasu, na którym, wraz z braćmi, zbudował dwie pustelnie: dla sióstr i braci. Wraz z nimi karczował las i kruszył kamienie na drogę na Morskie Oko, by zarobić na materiały budowlane.

„Hartować dusze”
Do dziś u sióstr na Kalatówkach znajduje się krzyż, który Brat Albert osobiście niósł z Zakopanego w procesji. Tu przyjmował biskupów i księży na rekolekcje. Tu przyjeżdżali masoni i niewierzący. Niektórzy z nich spali w jego celi na podłodze, byle tylko móc tam przebywać. Tu też przyjechał on sam na kilkanaście dni przed śmiercią w grudniu 1916 roku.
Chciał jednak umierać pośród swoich biedaków. „Pojadę do Krakowa i tam umrę”. Cierpiał na nowotwór żołądka. Z bólu, wielokrotnie tracił przytomność. Gdy w takim czasie przeniesiono go z desek, na łóżko – ostro upomniał braci. Chciał umierać tak, jak żył. W surowych warunkach. „Teraz już mi nic nie potrzeba”. Odszedł w Boże Narodzenie 1916 roku.

„Wierny Sługa Boży”
Przeżył 71 lat. Prezydent Mościcki nadał mu Wielką Wstęgę Orderu Odrodzenia Polski. Na jego pogrzebie był cały Kraków: władze, profesorowie, elita artystyczna, duchowni i rzesze bezdomnych, chorych, pijaków, głodnych w łachmanach. „Odszedł ojciec najlepszy, jałmużnik miłosierny i odnowiciel ich dusz spodlonych”.
„Powinno się być dobrym jak chleb, powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny” – mówił. Często, gdy szedł by podziękować za ofiarność, brał ze sobą chleb. Gdy szedł do Witkiewicza – szedł z bochenkiem chleba. Gdy umówił się na spotkanie z kard. Puzyną – niósł chleb świeżo wypieczony przez siostry. Chleb był zawsze dla każdego potrzebującego – bez pytań o grzechy czy przeszłość. Jezus, który stał się Chlebem, uczynił Brata Alberta swym narzędziem, by poprzez dobroć, był on objawieniem Bożego miłosierdzia i dobroci. Bóg przyszedł na świat, by człowieka uwolnić od zła, oczyścić, wyzwolić. Człowiek nie zawsze ma siły, by Boga szukać, nie zawsze wie gdzie. Brat Albert – poprzez swe życie – pozwolił wielu osobom odkryć dobroć Boga i odzyskać człowieczeństwo. Tak dzieje się i dziś, w sanktuarium „Ecce Homo” na Woronicza w Krakowie – gdzie znajdują się jego relikwie.

„Bóg w nas, a my w Nim”
Brat Albert nie miał czasu na malowanie płócien, ale w sercach podopiecznych odnawiał obraz i podobieństwo Boże. Człowiek oddajając się od Boga – odchodzi od samego siebie, niszczeje, łamie swoja tożsamość. Nasz święty widział to „odejście” w nędzarzach, których bieda nie była najlepszą formatorką. Widział w nich przychodzącego Chrystusa: „Im więcej kto opuszczony, z tym większą miłością służyć mu trzeba, bo samego Pana Jezusa zbolałego w osobie tego ubogiego ratujemy”.

Ks. Dariusz Tułowiecki, Głos Katolicki, Nr 51.

poprzedni artykuł

< powrót

mikolaj.JPG
© Zgromadzenie Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim (ZSAPU)
wykonanie:strony www Słupskstrony internetowe słupsk