BÓG NA ŻĄDANIE

BÓG NA ŻĄDANIE

17.01.2014

malarz.jpgBrat Albert Chmielowski. Mistyk. Święty, ale wymykający się schematom. Bez niego trudno pisać o duchowości Karola Wojtyły. Powstaniec. Inwalida. Malarz. Opiekun krakowskiej biedoty. Chorował onkologicznie. Gdy wystawiono jego ciało – kilka razy bracia zmieniali mu habit, bo ludzie wycinali strzępki jego szat „na relikwie”. Na pogrzebie – żegnał go cały Kraków. Dzięki niemu – jak pisał Franciszek Macharski – człowiek może zbliżyć się do tajemnicy Boga. Urodził się 20 sierpnia 1845 roku w Igołomi koło Krakowa. Jego ojciec – Wojciech – był szlachcicem herbu Jastrzębiec a pracował jako urzędnik celny w Igołomi, na trasie wiodącej z Sandomierza do Krakowa. Nadano mu trzy imiona: Adam, Hilary i Bernard. Chłopiec szczególnie ucieszył ojca Wojciecha – to pierworodny syn.

Był jednak na tyle wątły, że rodzice zdecydowali się na natychmiastowy chrzest „z wody”. Wedle opowiadań – poproszono żebraków stojących pod kościołem o trzymanie chłopca do chrztu. Fortel ten miał ściągnąć na dziecko „błogosławieństwo ubogich”. Brat Albert powie później: „Zawdzięczam życie ubogim, słusznym jest, abym je im zwrócił”.


Atmosfera domu rodzinnego
Gdy Adam odzyskał zdrowie szczególnie cieszyła się szczęśliwa mama – Józefa z Borzysławskich. Wspólnie z mężem czekali przecież aż osiem lat na urodziny pierwszego dziecka. To była bardzo religijna i patriotyczna rodzina. Pani Chmielewska należała do III Zakonu Św. Franciszka, była uroczą, drobną i wesołą kobietą. „Miała bardzo piękne ręce i lubiła się śmiać, tym uśmiechem perlistym, szczerym, zaraźliwym, który dzieciom dostał się w spadku. Uzdolniona do rysunku, haftowała doskonale”. Przez wiele lat jej dzieła przechowywane były na Jasnej Górze. Pisała w jednym z listów o swym synu: „Mały ma się dobrze, podobny jest do swego ojca; oby również mógł posiadać jego charakter! Właśnie wyrasta mu ósmy ząbek”.
W krótkim czasie chłopiec o wątłym zdrowiu zmienił się w tryskającego energią, hałaśliwego chłopca. Adam nie miał w sobie nic z wzorowego dziecka. „Był piękny – pisze Maria Binowska – miał rysy regularne, duże ciemnoniebieskie oczy i krucze, kręcone włosy”. Z czasem Adam doczekał się rodzeństwa: dwóch braci i siostry. Ale szczęście rodzinne nie trwało długo. W roku 1850 Wojciech Chmielowski bardzo poważnie zachorował. Choroba okazała się śmiertelna. Zmarł po trzech latach.


W Petersburgu
Adam, jako syn urzędnika celnego miał prawo do stypendium w szkołach rosyjskich. Dlatego – decyzją rodziny – wysłano dziesięcioletniego chłopca do Szkoły Kadetów w Petersburgu. Nie było to dla niego łatwe doświadczenie. Był małym dzieckiem na taką rozłąkę. Ale postępy w szkole czynił błyskawiczne. Dostał nawet nagrodę, którą osobiście mu przyznał i wręczył car Aleksander II. Tęsknota jednak dominowała – płakał nocami do poduszki.
Po roku Józefa zdecydowała się sprowadzić z powrotem syna do Ojczyzny. Zainwestowała całe oszczędności i – przy pomocy własnej matki – zakupiła w Warszawie, na rogu Książęcej i Nowego Światu dom. Tu jednak rodzina także nie doczekała się spokoju. W roku 1859 nieoczekiwanie zmarła matka Adama. Pogrzeb odbył się na Powązkach. Dziećmi zajęła rodzinna Rada opiekuńcza, a za wychowanie odpowiadała ciotka Petronela Chmielowska. W nowym roku szkolnym Adama nie wysłano już za granicę i nie skorzystano z carskich stypendiów. Rozpoczął naukę w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Tu pojawia się zainteresowanie sztuką. Naukę przerwało powstanie. Siedemnastoletni Adam natychmiast zaciągnął się do walki. Nadzieja na wolność Polski sprawia, że oddycha pełną piersią w tej atmosferze entuzjazmu i walki. Jest świetnym żołnierzem. Wielokrotnie cudem unika kul. Jest znakomitym jeźdźcem. Ale do czasu…


Ranny w powstaniu
1 października 1863 roku zostaje okrążony i poważnie ranny w bitwie pod Mełchowem na kielecczyźnie. Przeniesiono go do chłopskiej chaty. Rana okazał się na tyle poważna, że lekarz stwierdził: konieczna amputacja nogi. Przyjaciele nie wiedzieli co robić. Tylko stara kobieta z domu gajowego stwierdziła, że trzeba wezwać księdza. Ale ranny nie myślał o powadze sytuacji, o śmierci, o amputacji. Miał własne, artystyczne wyobrażenie chwili. Tak o tym mówił po latach: „Ta myśl [o spowiedzi] – spodobała mi się bardzo. Zaraz przed moją wyobraźnią stanął taki obraz: konający powstaniec z głębi lasu na chłopskim legowisku, stary malowniczy kapucyn z długą, siwą brodą, narażający swe życie, aby udzielić Ostatnich Sakramentów… Tak sobie wyobraziłem tę scenę; jakże była piękna. Najchętniej się zgodziłem, aby zawezwano kapłana”.


Wbrew oczekiwaniom
Ale ksiądz nie był malowniczym kapucynem z brodą. Kiedy przyszedł następnego dnia był gruby, czerwony na twarzy i tak nie pasował do wyobrażeń Adama, ze ten nie chciał z nim w ogóle rozmawiać. To ważny moment w życiu Adama. On pokazuje, że człowiek ma wyobrażenia kwestii religijnych, nawet schematy Pana Boga, do których Pan Bóg winien się dostosować. Bywa tak, że człowiek wyznacza Bogu sposób wejścia w życie, wysuwa pod adresem Boga zadania, nakazuje Mu konkretne zachowania, za Boga planuje świat. „Bóg powinien realizować moje plany. Ja już wszystko przygotowałem i obmyśliłem. Niech On tylko to zrobi”. Taki Bóg na żądanie.
Tak było też przed wiekami, gdy Izrael oczekiwał Mesjasza. W umysłach ludzi powstały już gotowe plany nadejścia: Mesjasz wkroczy jako wielki wojownik, na czele wielkiej armii, pokona Rzymian, wprowadzi nowe królestwo, odbuduje potęgę. Nadejdą czasy siły politycznej i gospodarczej Izraela. Tymczasem Bóg nadszedł ze strony, z której się nikt nie spodziewał. Mesjasz wszedł na świat, „tylnymi drzwiami”. Maryja – skromna dziewczyna z Nazaretu (czy może być coś dobrego z Nazaretu? – J 1,46) została wybrana na Jego Matkę. Urodził się pod maleńkim miasteczkiem w szopie, pośród owiec i bydła. Pasterze zobaczyli Go, jako potrzebującego Matki noworodka. Nie chciał realizować wymyślonego przez Izraelitów królestwa, a umarł jako Król pośród szyderstwa, obelg i drwin pijanych żołnierzy. On zdobył świat uwalniając każdego człowiek od niewoli grzechu. On pokonał grzech poprzez Zmartwychwstanie. On chce by, każdy człowiek odkrył Jego miłość i był wolny oraz wiecznie szczęśliwy. Bóg przyszedł wbrew oczekiwaniom. Inna drogą. Zamkniętymi drzwiami. On nie jest niewolnikiem ludzkich schematów ani żądań. Jezus nie jest Bogiem „na żądanie”.


Cierpliwość Boga
Doświadczył tego Adam Chmielowski. Po latach powie: „Jakże byłem zaślepiony! Jakże byłem głupi! Gdzież bym się teraz znajdował, gdyby mnie nie było wyratowało nieskończone Miłosierdzie! Jakże Bóg jest cierpliwy względem nas, nieszczęsnych głupców…”
Gdy tylko Adam się wyspowiadał do chaty weszli rosyjscy żołnierze. Byli to Finowie. Rozpoznali w rannym żołnierza, który wielokrotnie im umykał, zachowywał zimną krew i wytrzymywał zaciekłe ostrzały. Nie aresztowali go. Okazali w ten sposób uznanie. Chirurg orzekł konieczność natychmiastowej amputacji nogi. „Dobrze, proszę zaczynać” – powiedział ranny. Jedynym „znieczuleniem” było cygaro, które Adam połknął z bólu wraz z ogniem. „Ciemności nocy – pisze Magdalena Kaczmarzyk – rozpraszała tylko świeca”. Lewą nogę odjęto mu aż po kolano.

ks. Dariusz Tułowiecki, Głos Katolicki, Nr 48 (591) s. 14-15

Czytaj dalej: Nowe narodziny

< powrót

immakulata.JPG
© Zgromadzenie Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim (ZSAPU)
wykonanie:strony www Słupskstrony internetowe słupsk