Daj się prowadzić Bogu przez Kościół- bp Grzegorz Ryś o swoim kapłaństwie i powołaniu

Daj się prowadzić Bogu przez Kościół- bp Grzegorz Ryś o swoim kapłaństwie i powołaniu

08.01.2015

 

Jak Ksifgh.jpgądz Biskup rozeznawał swoje powołanie i w jakich okolicznościach?

Stopniowo. W okolicznościach, które nazywają się: seminarium duchowne. Mam przekonanie, że ono jest po to, żeby pomóc człowiekowi rozeznać powołanie. Oczywiście, przychodziłem do seminarium już z jakichś powodów. Działałem w Ruchu Światło-Życie, byłem animatorem, żyłem więc w Kościele z doświadczeniem takiej odpowiedzialności, jaka jest właściwa dla młodego człowieka.

Dobrze pamiętam dzień, w którym zdecydowałem, żeby pójść do seminarium; choć z perspektywy lat nie powiedziałbym, że to był moment zasadniczy. Ale w tamtym czasie było to ważne. Był rok 1982, stan wojenny, często odbywały się brutalnie tłumione manifestacje. Trzynastego maja, jak każdego trzynastego, była wielka manifestacja przeciw stanowi wojennemu. Nie poszedłem, bo mi w domu nie pozwolono, ale poszedł mój ojciec i brat. Na Rynku był taki kocioł, że mojego brata pobito, a ja miotałem się pod blokiem i czekałem, kiedy moi bliscy wrócą.
To było doświadczenie dominującego zła, wobec którego nie wiadomo, co można zrobić. Doświadczenie absolutnej niepewności o losy najbliższych ludzi. I w końcu, dziś bym to tak nazwał, pragnienie znalezienia środka zaradczego wyższego wymiaru niż manifestacja swoich poglądów na ulicy. Myśl o seminarium kołatała we mnie całe drugie półrocze klasy maturalnej. Tamtego wieczoru podjąłem ostateczną decyzję, by do niego pójść. Oczywiście nie było to wystarczające, żeby zostać księdzem. Temu służy seminarium. Jestem przekonany, że seminarium jest miejscem, które pomaga rozeznać powołanie. Myślę z ogromną wdzięcznością o swych ojcach duchownych, z których posługi chętnie korzystałem i poddawałem się ich kierownictwu.


Jaka była reakcja rodziny i znajomych ze szkoły na decyzję o wstąpieniu do seminarium?

Było różnie. W szkole – przerażenie. To był czas komunizmu, który po powstaniu Solidarności w Sierpniu 1981 r. zawalczył o utrzymanie władzy. Z naszej klasy do seminarium poszło czterech. Efektem tych decyzji była utrata stanowiska przez dyrektora i jego zastępczynię.
Rówieśnicy natomiast przyjęli decyzję dobrze, dlatego że to był fantastyczny czas wychowywania do wartości. Zacząłem liceum w roku, w którym wybrano papieża; potem papież był w Polsce; dalej był Sierpień 1981 r., później – stan wojenny. To był czas, kiedy pytania o wartości wisiały w powietrzu bardzo mocno i same czasy nas wychowywały do ważnych decyzji, do rozeznawania, co dobre a co złe. To było bardzo piękne i fakt, że takie decyzje pojawiały się w wymiarze wręcz masowym, nikogo w środowisku nie dziwił. Oczywiście, trzeba było liczyć się z konsekwencjami. Po wstąpieniu do seminarium, gdy byłem na pierwszych rekolekcjach, miałem w domu rewizję SB. Nie są to tak odległe czasy, warto jednak pamiętać, co się pozmieniało w Polsce przez ostatnie trzydzieści lat.
Rodzice do mej decyzji podeszli z szacunkiem, choć dość długo namawiali, żebym poszedł na architekturę. Przez całą klasę maturalną było jasne, że pójdę na architekturę, więc próbowali mnie przekonać, że mogę iść do seminarium już jako architekt z dyplomem; że mogę przełożyć tę decyzję o pięć lat. Miałem jednak odwrotne przekonanie: jeśli się okaże, że seminarium nie jest moim miejscem, to wrócę na studia świeckie; jeśli jednak to ma być kapłaństwo, to nie ma co tracić pięciu lat na co innego.


Ksiądz Biskup obchodzi w tym roku jubileusz 25-lecia przyjęcia sakramentu święceń kapłańskich. Jakie były z tej perspektywy najpiękniejsze wydarzenia kapłańskiego życia, dla których warto zostać księdzem?

Takich chwil jest dużo, ale one są indywidualne. Zawsze sprowadza się to do konkretnych sytuacji związanych z ludźmi. Jedno z pierwszych takich wydarzeń miałem na lekcjach religii w Kętach. Uczyłem młodego człowieka z VI klasy, który był absolutnie najlepszy w klasie, bardzo inteligentny i pracowity. W drugim semestrze zauważyłem, że kompletnie nie radzi sobie ze sobą. Nie wiedziałem dlaczego, ale widziałem, że coś się dzieje. Spytałem więc i okazało się, że jego dziadek jest umierający – ma raka. A chłopak wiedział, że dziadek lata nie był do spowiedzi – to też był jakiś jubileusz, nieważne jaki. Mówię mu: „Wiesz, chłopie, módl się za dziadka i będzie dobrze. Zostaw to Panu Bogu”. Pod koniec roku szkolnego, w czerwcu, przybiegł na plebanię i mówi, że dziadek prosi księdza. Ja mu mówię, że poprosimy proboszcza – trochę się przestraszyłem, bo byłem neoprezbiterem i wiedziałem, że sprawa jest bardzo poważna. On mi mówi, że dziadek prosi mnie. Wziąłem więc Pana Jezusa w bursie i poszedłem do niego na miękkich nogach. Ten człowiek wyznał grzechy i to była ostatnia rzecz, jaką powiedział w życiu, bo po spowiedzi stracił mowę. Żył jeszcze może dwa, trzy dni, a stracił mowę w dniu spowiedzi. Ostatnią rzeczą, jaką powiedział, było wyznanie grzechów. Pamiętam, że zadałem mu na pokutę Ojcze nasz, które zmówiliśmy wspólnie. Właściwie ja sam mówiłem, a on komunikował, że modli się razem ze mną.
Potem był pogrzeb. Tak się akurat zdarzyło, że też ja go odprawiałem. Dałem z siebie wszystko, co mogłem, liturgia była od początku do końca śpiewana; ludzie byli troszkę zdumieni. Już po pogrzebie rodzina przyniosła mi kryształ, który mam do dzisiaj, z przedstawieniem Ojca Świętego. Dziadek zapisał mi go w testamencie. Nie jest to dzieło sztuki, ale jedna z cenniejszych rzeczy, które mam. Takich indywidualnych spotkań w przeciągu dwudziestu pięciu lat każdy ksiądz ma dużo – one decydują o pięknie kapłaństwa.
Były też inne piękne momenty. W czasie pielgrzymek Jana Pawła II do Polski miałem szczęście być kilka razy, wraz z księdzem Bogusławem Mielcem, komentatorem uroczystości na Błoniach. To takie sytuacje, kiedy naraz półtora miliona ludzi potrafi zamilknąć i przed znakiem krzyża rozpoczynającym Eucharystię zapada trwająca minutę cisza. Tego nigdzie indziej nie da się doświadczyć, na żadnym stadionie nie można na to liczyć.
To tylko niektóre z wielu pięknych chwil kapłaństwa.


Co Ksiądz Biskup powiedziałby osobom, którym chodzi po głowie myśl o wstąpieniu do seminarium?

Powiedziałbym, żeby wstąpiły. Gdy byłem rektorem, wiele razy mówiłem, że wejście do seminarium nie oznacza od razu, że zostanie się księdzem. Nieraz przychodzący do seminarium boją się, że jeśli już przyszli to za chwilę ich złapią, zamkną, obłóczą, odetną wszystkie relacje i kontakty – i koniec, już teraz jesteś „nasz”. Nie ma czegoś takiego. Ten, kto przychodzi do seminarium, nie ma jeszcze powołania do kapłaństwa – ma powołanie na drogę do kapłaństwa, którą jest seminarium. Czym się ta droga skończy dla niego i jak będzie wyglądać jego życie, tego ani on nie wie, ani rektor, ani piętnastu ojców duchownych. Nikt nie wie, tylko Pan Bóg to wie. Czy do kapłaństwa poprowadzi go sześć lat, osiem czy też dziesięć; czy będzie chciał go tam przez trzy miesiące albo pół roku, albo cztery lata…? – Najważniejsze, żeby ten człowiek nie miał poczucia straty czasu na tej drodze, nawet jeśli z niej po czterech latach odchodzi. Gdy podejmie taką decyzję i ma pewność, że przez te cztery lata był otwarty na Boga i odkrywa coś innego, to zauważy, ile zyskał – jest teraz innym człowiekiem, dojrzalszym, bogatszym.
Powołanie do kapłaństwa człowiek otrzymuje w momencie święceń kapłańskich. Powołanie to wydarzenie, które trzeba mieć pod nogami jako mocny grunt. Powołanie do małżeństwa jest wtedy, gdy człowiek zawiera małżeństwo – to nie są tylko predyspozycje, to nie są tylko pragnienia i marzenia, jakie człowiek ma w sobie. To za mało. Prawda, że to wszystko człowieka prowadzi, ale powołanie to jest wydarzenie, to łaska. Dopóki nie masz święceń – nie jesteś posłany. I jeśli nie otrzymałeś tej łaski sakramentalnej, nie jesteś powołany do kapłaństwa. Diakon jest powołany do diakonatu – to nie jest jeszcze powołanie do kapłaństwa. Ważne jest, żeby w ten sposób czytać powołanie: to nie jest tylko to, co człowiek w sobie przeżywa, co mu się zdaje, co sobie wymarzy i wymyśli… Jest dzisiaj tendencja do takiego wsobnego, wewnętrznego rozumienia powołania. To nie jest do końca po chrześcijańsku.
Myślącym o wstąpieniu do seminarium powiedziałbym: Przyjdź, spróbuj, zobacz. Po to właśnie jest seminarium, żebyś zobaczył, czy na tej drodze się odnajdujesz, czy to jest twoje. Daj się prowadzić po tej drodze Panu Bogu przez Kościół – przyjdź i zobacz. Jeśli odkryjesz, że to nie dla Ciebie, nikt Cię nie będzie tu trzymał na siłę – w każdej chwili jest możliwość zrezygnowania, pójścia w inne życie. Natomiast znam wielu ludzi, którzy nie zostali księżmi chyba tylko dlatego, że się nie odważyli pójść do seminarium i nikt im wprost nie powiedział: Przyjdź i spróbuj. W seminarium nie ma kata, który stoi nad człowiekiem i zwiastuje już koniec.
 

< powrót

misje.JPG
© Zgromadzenie Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim (ZSAPU)
wykonanie:strony www Słupskstrony internetowe słupsk